Muszę przyznać że Ania i Andrzej zaskoczyli mnie – nawet dwa razy. Fotografowałem im ślub w maju, ale na plener zabrakło jakoś czasu i już na nich krzyżyk położyłem a tu nagle telefon. Zaczynamy sesję, w tle zabytki itp i drugie zaskoczenie Ania mówi, że suknia i tak jest zepsuta i może by wyszli trochę do wody. Jakiż błysk w oku mi się musiał pojawić, skoro na para młoda po moich słowach “no to idziemy” od razu skierowali się do samochodu. Muszę też dodać, że aparat schowałem w takim tempie jakby burza nagle się rozszalała. Podjechaliśmy w stronę wody, kawałek trzeba było przejść po piachu…


a potem woda. Na początku młodzi mówią, może byśmy tylko nogi zamoczyli ale ja bojąc się, że zrezygnują sam się rozebrałem i już z wody krzyczę do nich, chodźcie tu do mnie. Początkowo niechętnie Ania z Andrzejem weszli i delikatnie się pluskali

ale Andrzej się rozgrzał i w trakcje zabawy zamoczył Anię, a potem to już im było wszystko jedno. Jak się bawili obejrzyjcie na zdjęciach.















































































